czwartek, 19 lutego 2009

epilog

w szpitalu dorobiłam się drugiej dziury w nodze, coby było symetrycznie. we wtorek wypuścili mnie na wolność - teraz muszę sobie z nią jakoś radzić. kubex jest lekarstwem na prawie całe zło.
teraz pozostaje czekać, aż wszystko się zrośnie i znów podążę tam, gdzie niebo styka się z ziemią, a własny cień pada na, rozwieszony pod stopami, pułap chmur.

sobota, 14 lutego 2009

13.02.2009 Wezee Airport






Od 20 godzin kiblujemy na lotnisku Wezer w Dusseldorfie. Do odlotu naszego samolotu (do Wro) zostalo jeszcze 13 godzin. Rozłożyliśmy karimaty pod przeszklona sciana i czekamy. To pierwsze miejsce „cywilizowanej europy” na które trafiliśmy po opuszczeniu „dzikiej Afryki”. Roznica ogromna. Ludzie są tu jacys smutni i panuje ogolna znieczulica. Moja noga zle zniosła zmiany cisnienia podczas lotu, i na terminalu dosłownie wilam się z bolu. Nikt się tym nie zainteresowal. Nikt nie spytal, co się stalo i czy nie potrzebujemy pomocy. Pewnie uznali nas za pare narkomanow na glodzie. W Maroku taka sytuacja bylaby nie do pomyslenia. Od razu kilku obcych ludzi prześcigało by się w propozycjach pomocy.

12.02.2009 Pociąg do Marrakeszu

dworzec w casablance











dworzec w marrakeszu




Pociag relacji Fes – Marrakesz przez casablanke standardem nie odbiega od naszych pospiechow. Dworzec zadbany, nowoczesny, obsluga zna jezyk angielski. Ruszamy. Po obu stronach torow zielono. Sady, pola uprawne i laki; na których pasa się kozy, owce i osiołki. Przyjemny krajobraz. Ostatnie godziny w Maroko, zal jest opuszczac to miejsce, spodobalo mi się tu. Już mysle nad kolejna wyprawa. Tym razem w atlas wysoki. Najlepsza pora wydaje się przelom października/listopada, gdy pora upałów i turystow znacznie straci na sile.
Ten wyjazd nie przebiegl dokladnie tak jak sobie wyobrażaliśmy, ale dal nam pewne doświadczenie i przybliżył specyfike tego kraju i jego mieszkańców. Niewiele zwiedziliśmy, za to sporo rozmawialiśmy z ludzmi. Marokańczycy są bardzo otwarci, latwo nawiązują znajomości i chetnie sluza dobra rada, przestroga, czy zwyczajna i niezwyczajna opowieścią. Arabski, jak większość jezykow, ma kilka odmian – dialektow, nazywanych tu Berberami. Na polnocy (wybrzeże morza śródziemnego – morze, gory, Nador) jest to rif Barber. Na południu od agadiru (wybrzeże atlantyckie) uzywa się jezyka sousi. W centralnym Maroko stosowana jest odmiana gorali z atlasu, a na południu – saharyjska. W większych miastach; miedzy innymi w Casie, można usłyszeć każdy z barberow. Jezyk zdradza miejsce pochodzenia. Przybysze posługujący się rifem nie są dobrze postrzegani. Panuje ogolne przekonanie, ze polnoc to ostoja narkomanow, dilerow i gangsterow. Twierdzenie to nie jest bezpodstawne. To wlasnie tam, na obszarze ar-rif, choduje się haszysz na wielka skale. Większość przemyconego pozniej, miedzy innymi na europejski rynek, marokańskiego narkotyku pochodzi wlasnie stad. \
Musimy wyglądać malo okazale. Ja z trudnością poruszajaca się na jednej nodze, qubex i tak watlej budowy, teraz konsumujący ostatni przydzial suchego chleba. Towarzysz podrozy z przedzialu dosłownie pod nos wetknął nam babeczki i energetyzujacy jogurt.



Nie jest to pierwsza taka sytuacja. Kilka dni temu, gdy siedzieliśmy przed kafejka internetowa, czekając na jej otwarcie, śniadoskóry przechodzen wręczył nam 10 dirhamow, żebyśmy mieli na godzine surfowania w droższym, ale czynnym punkcie. Przyjaciel Araba, u którego kupiłam Kapisz (rodzaj ubrania), oprocz marokańskiej whiskey (bardzo slodka herbata z mieta) wieczacej udana transakcje, przyniosl mi laske; mówiąc, ze zwroce ja jak będziemy wyjeżdżać. Podziękowałam, bo qubex jest najlepsza laska. Tacy tu wlasnie są ludzie. I co najważniejsze; nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Każdy ma przyjaciela, który ma przyjaciela, ten ma kolejnych przyjaciol i ktorys z nich na pewno będzie miał rzecz, jakiej potrzebujemy. Ta misterna siec zależności i specjalizacji bardzo dobrze tu funkcjonuje.
Moje uziemienie, oprocz bolu i trudności jakie przyspozylo, mialo tez dobre strony. Przez to ze prawie nie opuszczaliśmy „naszej” Mediny, wczuliśmy się w jej specyficzny rytm. Jest tu wszystko, czego do zycia potrzeba: sklepy, bary, hotele, podstawowe punkty usługowe (fryzjer, szewc, pralnia). A jeśli nawet czegos nie ma; no problem, zaraz się załatwi. W dzien Zycie to czy się na uliczkach, wieczorem przenosi się do barow, gdzie meszczyzni oglądają mecze pilkarskie lub po prostu gawędzą, przy marokańskiej whiskey. Na placu przed naszym hotelem, było kilka straganow z pieczywem, woda i owocami, a wiec artykolami pierwszej potrzeby. Wieczorem zjawiala się babuszka, z garem goracej, pysznej harirry. Na jedna porcje składała się: miska pozywnej zupy, obtoczone w przyprawach gotowane jajko i maly chleb lub kilka fig. Solidny posiłek za 4,5 dirhama (1 dh = 0,4 pln).



Zadziwil mnie poziom wiedzy Arabow na temat historii polski i europy. Przeciętny sprzedawca na miejskim bazarze doskonale orientowal się gdzie lezy polska, używał podstawowych zwrotow, typu: dzien dobry, jak się masz, na zdrowie. Znal drugowojenne losy naszego kraju, pozniejsze czasy komunizmu i osobe odpowiedzialna za jego upadek; Walesa ma tu wielkie uznanie. Co poniektórzy kojarzyli Bonka, Lato i wyniki meczy futbolowych sprzed lat. Młodsi ubóstwiali Dode (Sic!).

poniedziałek, 9 lutego 2009

ze slonecznej casablanki

widoczki z dachu naszego hotelu










zadomowilismy sie w casablance. hotelik calkiem przyjemny i nie drogi [choc i tak musimy sie potargowac z uwagi na dlugi czas pobytu], pogoda sie ustabilizowala, wokol mili i pomocni ludzie, jednym slowem: zyc, nie umierac! glownym problemem jest tylko trudnosc w sprawnym przemieszczaniu sie. na chwile obecna wyglada to tak, ze kubex nosi mnie na barana, co sprawia, ze powoli stajemy sie tutejsza atrakcja...
wczoraj poznalismy przybysza z argentyny. szukal jakiegos lokum, wiec zaprowadzilismy go do naszego hoteliku i tak juz zostal. wieczorem wygramolilismy sie na dach i z wielka uwaga oraz kubkami kawy w dloniach obserwowalismy zycie casablanskiej mediny.


wlasnie ustalilismy plan powrotu. wyglada on mniejwiecej tak: w czwartek rano jedziemy pociagiem do marrakeszu, stamtad mamy ryanaira do dusseldorfu i...tu plan sie konczy.prawdopodobnie w sobote wbijemy sie w niemiecka kolej i przejedziemy caly kraj az do berlina [a moze nawet do szczecina] na wochenende ticket.

sobota, 7 lutego 2009

casa

obecnie jestesmy w casablance. wrazenia po nadorskim incydencie nieco opadly, choc bolace noga nie pozwala o tym zapomniec. po fakcie dowiedzielismy sie, ze mieszkancy nadiru to w znacznej czesci kontrabanda: przybysze z pobliskiej algierii i hiszpanie wyjeci spod prawa. no coz, wszedzie mozna trafic na dobrych i zlych ludzi. taka sama sytuacja moglaby wydarzyc sie rowniez w polsce. pocieszajace jest to, ze po tym mocno nieprzyjemnym incydencie, spotkalismy sie ze znacznym wsparciem i bezinteresowna pomoca ze strony marokanczykow. nadal sadze, ze jest to przyjazny narod, nalezy tylko unikac niebewpiecznych miejsc, gdzie kreca sie bandyci z nozami...
a tak juz w zupelnosci zostawiajac nadir: dzis spotkalismy polskich marynarzy. przyjemnie jest uslyszec rodzima mowe w obcym kraju.

p.s. pisownia

z gory przepraszam za bledy, ale ta marokanska klawiatura moze europejczyka do szalu doprowadzic: nic tu nie jest pod tym klawiszem, pod ktorym ma byc. np kropke stawia sie klawiszem oznaczonym przecinkiem, ktory to z kolei kryje sie pod przyciskiem z wymalowanym o z dwoma kreskami. tam gdzie kropka, jest dwukropek, wykrzyknika jeszcze nie odkrylam. masakra ! ooo, i znalazl sie wykrzyknik, jest na sredniku ;)

przerywamy milczenie

ostatnie dni obfitowaly w wydarwenia. dzialo sie tak wiele,ze trudno poskladac mysli. od czego zaczac? moze od tego, ze wychodzimy na prosta i kontynuujemy podroz, choc jej losy byly zagrozone. rozwazalismy juz powrot do kraju. marokanska rzeczywistosc poznalismy od jej najgorszej strony.
osoby o slabych nerwach prosze o odejscie od ekranow i zaprwestanie czytania dalszej czesci relacji.
nadir. niewielkie miasteczko ,kilkadziesiat km od granicy z hiszpania. w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg zapuscilismy sie do niewlasciwej dzielnicy: slonce zachodzilo juz za horyzont. zatrzymalismy sie przed jakims znakiem. w tej samej chwili z ciemnej uliczki wylonilo sie dwoch marokanczykow: nie mieli oni przyjaznych zamiarow wzgledem nas. jeden z nich wyciagnal noz i zaczal dzgac nim powietrze wokol nas. wywiazala sie szarpanina.celem napastnikow okazal sie aparat przytroczony do mojego plecaka. oprocz sprzetu foto stracilam tez sporo krwi, bo jedno z pchniec dotarlo do celu. wandale uciekli, a ja zostalam z rozrywajacym bolem w prawej lydce. czerwona ciecz obficie przelewala sie przez prowizoryczny opatrunek. kubeksowi na szczescie nic sie nie stalo, choc byl w niemniejszym szoku niz ja. pojedynczy przechodnie zaaferowani zamieszaniem probowali pomoc, nie bardzo jednak wiedzac jak. mielismy jednak troche szczescia. wkrotce pojawil sie nieznajomy, ktory szybko opanowal sytuacje, wezwal pogotowie, powiadomil policje i co najwazniejsze, pelnil funkcje tlumacza, gdyz dobrze wladal angielskim. po kilku minutach przyjechala karetka. zawieziono nas na ostry dyzur: nieznajomy objasnial lekarzom i policjantom szczegoly zdarzenia. ja czekalam na swoja kolej, bo nie bylam jedynym naglym przypadkiem tego wieczoru. zniecierpliwiona weszlam do sali z napisem chirurgia. po tym, co tam zobaczylam,chcialam znalezc sie jak najdalej od tego miejsca. na stole operacyjnym lewal prawie fioletowy facet. mnie to wygladalo na sekcje zwlok, choc kubex twierdzi, ze gosc sie ruszal.widzac moja reakcje, salowi przegrodzili truposza parawanem. przyszla moja kolej. z niepokojem sledzilam kazdy ruch lekarzy: lustrowalam z czym sie do mnie zblizaja i czy maja rekawiczki.wstawili mi kilka szwow i zaraz na moim miejscu pojawil sie kolejny pacjent.
nastepne kilka godzin spedzilismy na kolejnych posterunkach policji. po ktoryms z kolei zeznaniu trafilam do obszernego, przyozdobionego zdjeciami marokanskiego krola, biura komendanta. wyjasnil, ze poczatkowo rozmawialismy z zandarmeria i dopiero teraz trafilismy do wlasciwej wladzy. gdy ja rozsiadlam sie w skorzanym fotelu popijajac expresso (co bylo w znacznym kontrascie ze wczesniejszymi betonowymi lawkami i^plastikowymi krzeslami w malych, zadymionych pomieszczeniach), kubeks jezdzil po okolicy radiowozem w poszukiwaniu miejsca zdarzenia.^po kilku godzinach i niezliczonej ilosci razy powtarzania tego samego; podsunieto nam do podpisania kilka zapelnionych arabskimi szlaczkami kartek. to mialy byc nasze zeznania. coz bylo robic? podpisalismy, majac nadzieje, ze nie jest to zgoda na wyrok smierci przez rozstrzelanie. okolo 1 w nocy kolejni tajniacy odwiezli nas do pobliskiego hotelu i postawili nocleg. kozystajac z goscinnosci, zostalismy w hotelu FES jeszcze jeden dzien.